![]() |
| Źródło; tekst na obrazku: Nie bój się zmian. Możesz stracić coś dobrego, ale również możesz zdobyć coś wspaniałego. |
Szczerze? Lubię mieć stabilne życie i nie przeszkadza mi rutyna. Bardzo mnie stresuje, jeśli w ciągu kilku minut muszę zmienić plan, do którego się przyzwyczajałam od tygodnia. Wszystkie zmiany najchętniej wprowadzałabym z dwutygodniowym planem; powoli i bez pośpiechu, dlatego z każdą zmianą bardzo trudno jest mi się pogodzić.
Najgorzej odbieram chyba to, że ludzie wokół mnie się zmieniają. Nie chodzi mi o drobne zmiany, jak np. zmianę ulubionego zespołu, czy wyglądu, ale kiedy mój przyjaciel z dnia na dzień przestaje np. uważać nasz wspólny żart za śmieszny, czuję się zaniepokojona. Takie drobne rzeczy potrafią mnie wytrącić z mojej strefy bezpieczeństwa.
Mimo tego, że najlepiej bym się czuła w niezmiennej przestrzeni (albo takiej zmieniającej się bardzo powoli), nie mogę zaprzeczyć temu, że wszystko gna do przodu. Zmienia się miejsce, w którym żyję. Zmieniają się ludzie, z którymi się zadaję (a może po prostu poznaję ich lepiej). Za około pół roku prawdopodobnie czeka mnie kolejna przeprowadzka. Zmienia się nawet moja rodzina! Nie mogę nic na to poradzić! I jakaś część mnie, chociaż bardzo mała, cieszy się z tych zmian.
Prawdą jest, że zmiany są pozytywną rzeczą w naszym życiu i nie powinniśmy do nich podchodzić z wrogością. Gorzej jest, kiedy te zmiany nie są w stu procentach pozytywne. Czasami jednak boli, jeśli w szybkim czasie tracimy kogoś bliskiego. Nie znalazłam wprawdzie jeszcze jednego, jedynego rozwiązania na to, jak sobie z tymi zmianami radzić, ale mam kilka sposobów, które mnie uspokajają.
Przede wszystkim staram się nie podchodzić do sprawy pod wpływem emocji. Dobrym sposobem na pozbycie się ich, poza oczywiście poczekaniem, jest wypłakanie się w poduszkę albo rękaw przyjaciółki. W trakcie trwania pierwszego szoku, pomieszanego z bólem, bardzo łatwo przesadzić z reakcją na coś, co właściwie nie jest warte większej uwagi. Staram się przemyśleć, co dokładnie mnie w danej sytuacji zaniepokoiło, czy sprawiło mi przykrość. Podobnież znalezienie przyczyny to połowa sukcesu. W miarę potrzeby o radę proszę przyjaciół, którzy nie są związani ze sprawą. Obiektywna opinia bardzo pomaga i często pokazuje rozwiązanie, o którym nie myśleliśmy. Ale najlepszym sposobem, jest po prostu zaakceptować zmiany.
Akceptacja nie jest łatwa. W wielu przypadkach trzeba na nią kilku dni, miesięcy lub nawet lat. Ale to jedyne lekarstwo, które pomaga przetrwać w tym zmieniającym się jak w kalejdoskopie życiu.
Jak wy radzicie sobie ze zmianami? Przychodzą wam one łatwo, czy tak jak ja, najchętniej byście żyli w niezmiennym środowisku?
Najgorzej odbieram chyba to, że ludzie wokół mnie się zmieniają. Nie chodzi mi o drobne zmiany, jak np. zmianę ulubionego zespołu, czy wyglądu, ale kiedy mój przyjaciel z dnia na dzień przestaje np. uważać nasz wspólny żart za śmieszny, czuję się zaniepokojona. Takie drobne rzeczy potrafią mnie wytrącić z mojej strefy bezpieczeństwa.
Mimo tego, że najlepiej bym się czuła w niezmiennej przestrzeni (albo takiej zmieniającej się bardzo powoli), nie mogę zaprzeczyć temu, że wszystko gna do przodu. Zmienia się miejsce, w którym żyję. Zmieniają się ludzie, z którymi się zadaję (a może po prostu poznaję ich lepiej). Za około pół roku prawdopodobnie czeka mnie kolejna przeprowadzka. Zmienia się nawet moja rodzina! Nie mogę nic na to poradzić! I jakaś część mnie, chociaż bardzo mała, cieszy się z tych zmian.
Prawdą jest, że zmiany są pozytywną rzeczą w naszym życiu i nie powinniśmy do nich podchodzić z wrogością. Gorzej jest, kiedy te zmiany nie są w stu procentach pozytywne. Czasami jednak boli, jeśli w szybkim czasie tracimy kogoś bliskiego. Nie znalazłam wprawdzie jeszcze jednego, jedynego rozwiązania na to, jak sobie z tymi zmianami radzić, ale mam kilka sposobów, które mnie uspokajają.
Przede wszystkim staram się nie podchodzić do sprawy pod wpływem emocji. Dobrym sposobem na pozbycie się ich, poza oczywiście poczekaniem, jest wypłakanie się w poduszkę albo rękaw przyjaciółki. W trakcie trwania pierwszego szoku, pomieszanego z bólem, bardzo łatwo przesadzić z reakcją na coś, co właściwie nie jest warte większej uwagi. Staram się przemyśleć, co dokładnie mnie w danej sytuacji zaniepokoiło, czy sprawiło mi przykrość. Podobnież znalezienie przyczyny to połowa sukcesu. W miarę potrzeby o radę proszę przyjaciół, którzy nie są związani ze sprawą. Obiektywna opinia bardzo pomaga i często pokazuje rozwiązanie, o którym nie myśleliśmy. Ale najlepszym sposobem, jest po prostu zaakceptować zmiany.
Akceptacja nie jest łatwa. W wielu przypadkach trzeba na nią kilku dni, miesięcy lub nawet lat. Ale to jedyne lekarstwo, które pomaga przetrwać w tym zmieniającym się jak w kalejdoskopie życiu.
Jak wy radzicie sobie ze zmianami? Przychodzą wam one łatwo, czy tak jak ja, najchętniej byście żyli w niezmiennym środowisku?
PS. Od tygodnia staram się stworzyć, ale mam wrażenie, że mój mózg nie został stworzony do współpracy z HTML. Ktoś jest zdolny do jakiejkolwiek pomocy?

W tej kwestii różnimy się całkowicie, ja uwielbiam zmiany a wręcz czuję potrzebę ich wprowadzania, może kiedyś mi to przejdzie. Ale jak na razie dzięki temu czuję że żyję i coś robie ;)
OdpowiedzUsuńps. niestety też jestem lewa więc nie pomogę :C
I tacy ludzie są potrzebni! :D Bez was nic by się nie zmieniało i byłoby nudno (przyznaję to z bólem!)!
UsuńMam podobnie jak Ty :) Nie lubię zmian, ale mimo to uważam, że raz na jakiś czas są potrzebne. Jeśli coś zależy ode mnie to długo się waham czy to zmienić jak np. w przypadku duużego obcięcia włosów ;)
OdpowiedzUsuńMnie takie zmiany jak ścięcie włosów nie ruszają, szczególnie jeśli sama je planuję! Ale jak coś się dzieje nagle i niezapowiedziane to panikuję :D
UsuńWszyscy wiemy w teorii, że zmiany są dobre. Problem pojawia się, gdy naprawdę pojawiają się w naszym życiu. Zwłaszcza te, na które nie mamy wpływu. Ale zazwyczaj po pierwszym szoku okazuje się, że naprawdę przynoszą coś dobrego :)
OdpowiedzUsuńWiększość na szczęście przynosi coś dobrego :)
Usuń"Bardzo mnie stresuje, jeśli w ciągu kilku minut muszę zmienić plan, do którego się przyzwyczajałam od tygodnia." - mogłabym się pod tym podpisać. Stresują mnie nagłe, wielkie zmiany. Wydają mi się wyjęte z rzeczywistości, obce. Z przyjemnością zamykałabym przy tym oczy czekając aż wszystko minie... Ale jest coś co mnie w tym wszystkim ogromnie bawi i sprawia, że po pewnym czasie jestem szczęśliwa.
OdpowiedzUsuńOstatnio idąc przez rynek Wrocławia pomyślałam sobie: co by powiedziała moja młodsza wersja na to, że studiuję tutaj drugi kierunek? Byłaby przerażona. Zaczęłam się śmiać z samej siebie :)
(z chęcią bym pomogła, ale moje zdolności HTML ograniczają się do wklejenia obrazków ;-;)
Mnie nie przerażają wyzwania przynajmniej nie na etapie planowania ich (2 kierunek, praca dorywcza), ale jeśli przychodzi co do czego, to zawsze jest trochę strachu. Tak jak z pierwszym przyjazdem do Poznania. Miałam wszystko zaplanowane, wiedziałam gdzie iść, jak mam się poruszać po mieście, a i tak w dzień wyjazdu ogarnęła mnie panika :D
UsuńU mnie narazie brak śniegu i chyba w sumie dobrze :)
OdpowiedzUsuńJa bym chciała już śnieg!
UsuńLubię zmiany. Tak już sobie ułożyłam w głowie, że najczęściej wychodzą one mi na dobre, albo sama sytuacja zmiany motywuje mnie do działań, których efekty są pozytywne.
OdpowiedzUsuńPół roku bez przemeblowania u mnie - nie ma szans! ;)
Choć prawdą jest, że zmiany niezależne od nas, wynikające z zewnątrz, nie zawsze są łatwe do zaakceptowania.
Jeju, ja bym tak nie mogła! :D Zapewne nie pamiętałabym gdzie leży połowa rzeczy! :D
UsuńDla mnie cały ten rok był rokem WIELKIICH zmian... jednych bałam się bardziej, innych mniej, w każdym bądź razie każda jedna przyniosla coś baaardzo dobrego :D
OdpowiedzUsuń