Ilu z Was, będąc w szkole bądź na uczelni, myślało o tym, że wiedza przedstawiana na zajęciach jest zupełnie zbędna w waszym życiu i z całą pewnością nigdy jej nie użyjecie? Zapewne każdemu zdarzyły się takie chwile.
Jestem osobą, która (co jest niecodzienne) lubi się uczyć. I z chęcią przez wiele lat nauki pochłaniałam wiedzę, którą podawali nauczyciele. Nie mam problemów z nauka, przychodzi mi ona szybko i płynnie, ale równie szybko pewne rzeczy zapominam. Co więcej, nie mam problemów z żadną dziedziną. Moje stopnie z przedmiotów ścisłych i humanistycznych były tak samo wysokie (o ile tylko chciało mi się poświęcić im czas). Ale nie w tym rzecz.
Po pewnym czasie podzieliłam wiedzę, którą posiadam na dwa działy. Pierwszy, który zawiera informacje, które uznaję za interesujące (hej, wiedzieliście, że jakby połączyć wszystkie naczynia krwionośne w ciele człowieka to można nimi opleść ponad 2 razy Ziemię w równiku?) bądź przydatne. Drugi dział to wszystko, co uznałam za wiedzę chwilową, o której istnieniu zapomnę za kilka tygodni (do tego działu należała w dużej mierze biologia, chemia, historia i wos).
Tego podziału zaczęłam żałować dopiero na studiach, gdzie przestali każdego człowieka wpisywać w tabelki systemu oświaty. Na studiach (nagle, po tylu latach) zaczęto wymagać, byśmy byli ludźmi myślącymi, posiadającymi własne zdanie, potrafiącymi je uargumentować. Zaczęto też wymagać, żebyśmy byli ludźmi oczytanymi, zorientowanymi kulturowo i medialnie, wiedzącymi co się dzieje w świecie - cudowny żywot humanisty. Przyznam, że bardzo mi się to spodobało. Po raz pierwszy w życiu, osoby nauczające były nastawione na szacunek do czyjegoś zdania, chociaż mogło być one diametralnie różne od ich własnego.
Kiedy jednak przyszło do zajęć w pierwszym semestrze poczułam się zawiedziona. Dostaliśmy trzy przedmioty (Filozofia, Literatura polska i światowa oraz Poetyka), które przy pierwszym podejściu wydawały się całkowicie nieprzydatne i jak się później okazało - wymagały czasu i wysiłku, szczególnie że dwa z nich to były ćwiczenia. Nie wiem czy przekonałam się do tych przedmiotów. Uczęszczałam na nie, starałam się mieć z nich dobre stopnie, ale nie zmieniało to faktu, że uznawałam je za zupełnie zbędne.
Ostatnio jednak zmieniłam zdanie. Czytając książkę jednego z moich ulubionych autorów, Stephena Kinga, doszło do mnie, że właściwie inaczej odbieram teraz jego powieści, a inaczej odbierałam je chociażby rok temu. Kiedyś czytałam je głównie dla przyjemności, pożerałam je, chcąc wiedzieć co będzie dalej, jak potoczą się losy bohatera. Teraz to nie zniknęło, nadal ciekawi mnie fabuła, ale oprócz tego dostrzegam w jego książkach mnóstwo nawiązań. A nawiązania te bywają przeróżne - są tu odwołania do filozofii, kultury masowej, autorów europejskich XVI w. Kiedyś, czytając Kinga, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bogate są te książki.
Studia zmieniły we mnie nie jedno. Stałam się przez nie bardziej wymagającym czytelnikiem. Nie potrafię znieść nieścisłości w historii lub złego stylu autora. Źle nakręcone filmy też zaczęły mi przeszkadzać. Na coś, za co jeszcze z chęcią zabrałabym się rok temu, teraz kręcę głową.
Dlatego też chciałabym zachęcić Was byście pozostawili sobie trochę przestrzeni na bycie otwartym na to, czego chcą was nauczyć. Jasne, nie do wszystkiego musicie pałać miłością, pragnąć natychmiastowo zgłębić każdy skrawek wiedzy na ten temat. Ale pozwólcie sobie jednak poznać coś, zanim zdecydujecie się wykreślić to z listy rzeczy potrzebnych w życiu.
W końcu, hej!, wiedza to jedna z tych rzeczy w życiu, której nikt wam nie odbierze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz