Miłością do sci-fi zaraził mnie mój tato, zanim jeszcze właściwie zrozumiałam, co znaczy ten skrót. Teraz - mając 20 lat - znacznie zmienił się mój stosunek do tego gatunku.
Sci-fi, czyli fantastyka naukowa, to trudny gatunek. W jego obrębie powstają zarówno dzieła wielkie, które dotykają samego sedna naszej moralności, jak i całkowite gnioty. Ważny jest też aspekt naukowy samego dzieła - to nauka ma być przyczyną i integralną częścią fabuły, nie może ona zostać pominięta.
Zabierając się do Transcendencji nie miałam szczególnych oczekiwań - film nie był szczególnie nagłośniony, przynajmniej nie na tyle, żebym zwróciła na niego większą uwagę. Moją uwagę zwróciła przede wszystkim świetna obsada, nie sama historia.
Fabuła oscyluje wokół postaci Willa Castera (w tej roli Johnny Depp) i Evelyn Caster (Rebecca Hall), pary naukowców, którzy pracują nad projektem stworzenia sztucznej inteligencji. Uważają, że będzie to wspaniały postęp dla ludzkości i możliwość ocalenia naszej planety. Ich poglądy mają jednak wielu przeciwników. W efekcie wiele osób (w tym Will) i placówek pracujących nad sztuczną inteligencją zostaje celem ataku organizacji terrorystycznej. W efekcie Willowi zostaje tylko kilka miesięcy życia, a jego żona, chcąc go ratować, postanawia przenieść umysł do nowo powstałej maszyny.
Dużym plusem tego filmu jest zdecydowanie sama problematyka - czy człowiek przeniesiony do maszyny wciąż będzie tą samą osobą. Problem ten staje się wielowymiarowy. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy tej idei mają swoje wątpliwości. Nic w tym filmie nie jest do końca dobre lub złe, co daje realny obraz świata, całego w szarościach.
Nie można narzekać też na efekty specjalne, chociaż pojawiają się one dopiero w późniejszej części filmu. Mimo, że na pewno nie były one priorytetem filmu, to zostały starannie dopracowane.
Wiadomo, że żaden film się nie obroni, jeśli nie ma mocnego aktorstwa, które de facto buduje całą fabułę. Ze smutkiem jednak muszę stwierdzić, że poza Rebeccą Hall nikt mi szczególnie w pamięć nie zapadł. Postać Evelyn jest bardzo emocjonalna i aktorka doskonale oddała jej wahania i dylematy. Warty zapamiętania był również Paul Bettany, grający Maxa, przyjaciela Willa i Evelyn. Max był postacią w szczególności rozdartą - pomógł przenieść umysł Willa do komputera, mimo że było to wbrew jego moralnym przekonaniom. Niestety postać grana przez Morgana Freemana mnie całkowicie zawiodła - Freeman był w tym filmie dla mnie postacią prawie całkowicie bezbarwną.
Przywódczyni terrorystów, Bree (grana przez Kate Mare), też brakuje jakiegoś charakteru. Poza początkiem filmu prawie jej nie ma, poza tym postać jest bardzo... wyprana z emocji. Niby opowiada rzewną historyjkę o swoich uczuciach i motywacji do powstania organizacji, ale wydaje się ona lekko naciągana.
O grze aktorskiej Johnny'ego Deppa właściwie trudno cokolwiek powiedzieć - przez większą część filmu jest po prostu symulacją, wyświetlaną na ekranie komputerów.
O grze aktorskiej Johnny'ego Deppa właściwie trudno cokolwiek powiedzieć - przez większą część filmu jest po prostu symulacją, wyświetlaną na ekranie komputerów.
Na pochwałę natomiast zasługuje sceneria - wielkie pole paneli słonecznych, klinicznie białe pomieszczenia laboratorium Willa i Evelyn - to wszystko tworzy niepowtarzalny klimat, który przenosi widza do świata bohaterów.
Moja ocena: 8/10
Dotychczas widziałam film całe dwa razy, ale na pewno jeszcze do niego wrócę za jakiś czas. Póki co wpiszę DVD na listę życzeń i będę się uśmiechać do Mikołaja, żeby przyniósł na Gwiazdkę :)








O, widzę kolejna osoba skusiła się na ten film, najwyższy czas, żebym ja też to zrobiła!
OdpowiedzUsuńBył genialny, chyba dołączę go do mojego osobistego kanonu filmów, do których będę wracać :)
Usuńczyli na 100% się skuszę !
Usuń