Recenzja może zawierać informacje zdradzające fabułę. Fragmenty te zaznaczane będą kursywą.
Ostatnimi czasy filmy autobiograficzne sławnych osób stały się dość popularne. W kilku ostatnich latach dostaliśmy przecież na ekrany Social Network opowiadające o sukcesie facebooka i jego założyciela Marka Zuckerberga. W tym roku do kin trafił Yves Saint Laurent, wcześniej była Coco Chanel.
Jobs trafiło do kina na dwa lata po śmierci Steva Jobsa, założyciela firmy Apple. Sam Jobs był wizjonerem, inspirował miliony ludzi i miał wielu fanów. To właśnie dla nich twórcy filmu postanowili przenieść jego życie na kinowe ekrany.
Kim był Steve Jobs, nie trzeba ludziom mówić. Po jego śmierci w 2011 roku było o nim na tyle głośno, że nawet jeśli wcześniej komuś umknął fakt jego istnienia, to został o tymże poinformowany. Nie wszyscy ludzie na tej ziemi są jednak jego wielkimi fanami i nie każdy zgłębiał autobiografię Jobsa. A tego najwyraźniej wymagali producenci filmu.
Wyraźne jest to, że nie jest to produkcja dla fanów biografii, czy nawet Ashtona Kutchera, a stworzona była z myślą o faktycznych fanach Jobsa, którzy wiedzą o jego życiu wszystko, co ujawniały media. Ilość faktycznych informacji, jakie dostajemy w trakcie filmu, jest naprawdę znikoma. Nie przedstawiają nam motywów, które kierowały bohaterem, chociażby w czasie, gdy odmawiał zaakceptowania praw rodzicielskich do swojej córki.
Wyraźne jest to, że nie jest to produkcja dla fanów biografii, czy nawet Ashtona Kutchera, a stworzona była z myślą o faktycznych fanach Jobsa, którzy wiedzą o jego życiu wszystko, co ujawniały media. Ilość faktycznych informacji, jakie dostajemy w trakcie filmu, jest naprawdę znikoma. Nie przedstawiają nam motywów, które kierowały bohaterem, chociażby w czasie, gdy odmawiał zaakceptowania praw rodzicielskich do swojej córki.
Problemem, jaki moim zdaniem napotkali na swojej drodze, jest brak oryginalności. Starając się ukazać całą historię Jobsa, od czasów kiedy był jeszcze na uniwersytecie, aż do sukcesu jego firmy, uciekły im gdzieś głębsze wartości. Każdy temat z poruszanych w filmie był zaledwie "liźnięty", żaden nie został zgłębiony. Historia na ekranie nie ma drugiego dna, jest prostą opowiastką, z której płynie znany wszystkim morał "pracuj ciężko, a będzie ci dane".
Nie można ukrywać, że sam życiorys Jobsa idealnie pasował do znanego wszystkim stereotypu "american dream". W końcu prosto z garażu rodziców trafia do własnego biurowca i pięknego domu. Pokazuje wszystkim, że ciężką pracą, talentem i odrobiną upartości jest się w stanie stworzyć drogę do sukcesu. Nawet wielka porażka, kiedy na prawie 10 lat został wyrzucony z Apple nosi znamiona amerykańskiego snu - bohater w końcu odzyskuje prawa do firmy i z uprzejmym uśmiechem żegna wszystkich, którzy kiedyś nie stanęli po jego stronie.
Jednak to nie wystarczy, żeby zrobić dobry film. Starając się upchnąć jak najwięcej w filmie biograficznym, twórcy często skaczą od faktu do faktu zapominając o esencji danej osoby. Steve Jobs odniósł wielki sukces, ale o tym wiedzą wszyscy. Zamiast skupiać się na jego drodze do sukcesu, być może przydałoby się tu skupić na innym zagadnieniu jego życia, jak chociażby tym, jak fakt bycia adoptowanym wpłynął na jego życie. Twórcy wspomnieli o tym zaledwie raz, jakby nie miało to żadnego znaczenia dla życia Jobsa. Niestety usilne trzymanie się konwencji biografii nie wyszło temu filmowi na dobre.
Na pochwałę zasługują aktorzy, szczególnie Ashton Kutcher, który stara się ratować film swoją grą. Co jednak jest w stanie zrobić aktor, mając do dyspozycji taki scenariusz a nie inny? Okazuje się, że całkiem wiele. Na ekranie bowiem nie widzimy Kutchera, a Jobsa, jak żywcem wyjętego z nagrań prezentacji produktów Apple. Odwzorowany został charakterystyczny chód i zachowania Steva. To jednak nie ratuje całego filmu.
Warto zwrócić też uwagę na muzykę, głównie instrumentalną, która świetnie buduje napięcie w filmie. Mimo, że wszyscy znamy zakończenie historii Jobsa, muzyka pozwala naprawdę wczuć się w "tu i teraz" dziejące się na ekranie.
Moja ocena: 7/10
Nie mogę zaprzeczyć, że mimo wszystkich wad, film oglądało się bardzo przyjemnie. Inspirujące i wizjonerskie pomysły Jobsa były nadal inspirujące i wizjonerskie. Każdą porażkę przeżywałam z bohaterem i razem z nim cieszyłam się z każdego sukcesu. Fanom Jobsa mogę ten film śmiało polecić. Sam w sobie nie był wybitny, jednak dobrze się go ogląda.
Głównym problemem, jaki jednak reprezentuje, jest brak oryginalności w realizacji biografii. Biografia to nie typ filmu, na który idziemy odkryć nieznaną nam wcześniej historię (przynajmniej nie w przypadku osób znanych); idziemy raczej obserwować filmowy kunszt, grę aktorską i sztukę montażu, połączone w jedno. Za ich pomocą może powstać wyjątkowe dzieło, które podobnie jak Żelazna dama zasłuży sobie na zdobycie Oscarów. W tym przypadku powstało jednak dzieło przeciętne, które za jakiś czas odejdzie w niepamięć.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz